Orange Warsaw Festival Day 3

Ta notka powinna się pojawić o zaplanowanej godzinie, jeśli się nie pojawi, to znaczy że znowu coś pomyliłam :D.
Ostatni dzień festiwalu był taki lekki i przyjemny, pozbawiony jakiś większych emocji, ale czegoś takiego właśnie potrzebowałam. Naszym celem było zaliczenie jak największej liczby koncertów, dlatego po zjedzeniu obiadu udałyśmy się do miasteczka festiwalowego. Najpierw grał polski zespół Chemia, nie mój typ muzyki, ale grali całkiem fajnie. Później poszłyśmy na stadion na Milesa Kane’a. Następnie wróciłyśmy znowu na miasteczko festiwalowe, gdzie zaczynał się koncert Bring Me The Horizon. Słuchałam ich kiedyś w gimnazjum i nie mogłam się doczekać, by zobaczyć ich na żywo! Już na samym początku zostałam pozytywnie zaskoczona, gdy wokalista zespołu po tym jak wszedł na scenę od razu z niej zeskoczył, podbiegł do barierek, wskoczył na nie i zaczął śpiewać nad fanami. To było mega! Jeden z najlepszych momentów festiwalu. Nie dotrwałyśmy niestety do końca, gdyż po dwudziestu minutach zaczynał się koncert The 1975, na który bardzo chciałam pójść, więc przed rozpoczęciem ewakuowałyśmy się stamtąd i wróciłyśmy na stadion. No i show The 1975 zdecydowanie było moim ulubionym tego dnia! Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego, bo muzyki ich niezbyt często słucham, ale gdy weszłam na stadion to wpadłam w jakiś trans, haha. Tylko stałam, słuchałam muzyki i gapiłam się na scenę. No i zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć. W pewnej chwili, gdy wokalista zapalił na scenie papierosa, stwierdziłam “ok, tutaj mnie już macie”. Nie mogę nic poradzić na to, że uwielbiam, gdy artyści palą na scenie. To mój taki mały fetysz. 😛 A później już było tylko lepiej. Muzyka, połączona z głosem Matthewa Healy’ego, jego ruchami, łażeniem po scenie z papierosem i winem w ręku… To było coś! Podobało mi się bardziej niż show z wymyślnymi efektami, bo było takie, hmm, normalne, zwyczajne, a jednak niezwykłe.
Po The 1975, gdy trochę ochłonęłam, zaczęło się Kasabian. Jakoś niewiele pamiętam z tego koncertu. Nie wiem dlaczego. Chyba przeżyłam za dużo koncertów w tym dniu i już wszystkie zaczęły mi się mieszać w całość. Po Kasabian wróciłyśmy na Warsaw Stage, gdzie grało Limp Bizkit. Oczywiście znalazłyśmy się na szarym końcu, przez co nic nie widziałyśmy, co więcej, przez początek w ogóle nie mogłyśmy wejść na teren koncertu, gdyż było za dużo ludzi. Ale koncert był świetny, a atmosfera jedna z najlepszych! Później było Outkast, a na koniec David Guetta, który wyszedł gdzieś po pierwszej. Trochę się na niego naczekałyśmy, ale było warto! Niezapomniane show połączone z genialnymi efektami. Myślałam, że o tej porze będę już nieźle padnięta, ale jakoś dałam radę :P. Z festiwalu wyszłyśmy gdzieś po 2 i od razu zaczęłyśmy szukać taksówki do hotelu.

Bye Bye OWF!

3 Comments

Add Yours

Leave a Reply