Orange Warsaw Festival Day 2

Hej! Tak, wiem, notka miała się pojawić dwa dni temu, jednak nie miałam siły się za nią zabrać. Po festiwalu strasznie się rozchorowałam i praktycznie codziennie miałam mdłości, czemu wtórował kaszel, katar i okropny ból gardła. Dziś już jest lepiej, aczkolwiek nadal nie jestem w zbyt dobrym stanie. A jutro wyjeżdżam! Na aktualną chwilę nie wyobrażam sobie spędzenia tych godzin w samolocie, które mnie jutro czekają… Na szczęście mam od wtorku nową płytę Lany Del Rey, która podnosi mnie na duchu, hehe.
Wracając do tematu notki, dziś trochę o dniu drugim! Był on zdecydowanie najbardziej emocjonujący. Jednym z głównych powodów, dla których wybrałam się na ten festiwal był koncert Florence + The Machine. Olałam pierwsze koncerty i pobiegłam od razu pod scenę, na której o 23 miała grać Florence. Na początku grały jakieś zespoły, których szczerze mówiąc, też nie pamiętam, ale wiem że były fajniejsze niż te z piątku. Przed Florence grał zespół The Kooks, więc to był pierwszy koncert w tym dniu, kiedy znałam piosenki, więc było fajnie. Za wiele niestety z tego koncertu nie pamiętam, gdyż już wtedy był straszny ścisk, a jedyne o czym myślałam, to tylko żeby Florence już wyszła na scenę… Ale z tego co pamiętam, to koncert był niezły! Hahah. No i o 23 wyszła Florence! Na początku byłam w pierwszym rzędzie, z którego wypchnięto mnie niestety, gdy Florence zeszła ze sceny do fanów na jednej z piosenek… Ale pocieszam się myślą, że chociaż przez te dwadzieścia minut mogłam na nią patrzeć, widzieć jak wczuwa się w każdą piosenkę, dzieli się emocjami z widownią, jak tańczy, śmieje się, śpiewa. Jest niesamowita, a w jej sposobie poruszania się jest jakaś magia, roztacza wokół siebie niesamowite piękno, jest cudowna, no! Najlepszy moment koncertu? Zdecydowanie wtedy, gdy zagrała piosenkę Over The Love, jest to moja ulubiona piosenka i usłyszenie jej na żywo było czymś niesamowitym. Zwłaszcza, że bardzo rzadko gra tą piosenkę na koncertach. Niestety dopiero teraz jestem w stanie docenić te wszystkie momenty. Wtedy myślałam tylko jak bardzo jestem podeptana, poobijana i głodna, haha. Czasami ścisk był tak duży, że nie mogłam poruszyć ręką, a co dopiero wyjąć aparat i porobić zdjęcia, dlatego też mam ich tak mało z tego dnia… No ale tak czy siak było niesamowicie, z pewnością powtórzyłabym to jeszcze raz, niczego nie żałuję… Po Florence nie miałam siły iść na kolejny koncert więc wróciłyśmy do hotelu, gdzie nie mogłam zasnąć z powodu ekscytacji, bólu i jednocześnie tego zdezorientowania, że już po wszystkim…

Oczywiście z koncertu wróciłam cała w brokacie!

2 Comments

Add Yours

Leave a Reply