Orange Warsaw Festival Day 1

Cześć! Wczoraj wróciłam z Orange Warsaw Festival, z chorym gardłem, z bolącą każdą możliwą częścią ciała, ale szczęśliwa. Było warto. Mimo wszystko, hahah. Trzy dni koncertów ze świetną muzyką, cudowna atmosfera, fajni ludzie. Czego chcieć więcej? Może tylko dobrej pogody, bo po słonecznym tygodniu z temperaturą powyżej 25 stopni nie byłam nastawiona i przygotowana na 3 deszczowe, chłodne dni, co skutkuje teraz bólem gardła i katarem, które muszę wyleczyć do soboty, bo czeka mnie kolejny wyjazd!
Piątek trzynastego na nieszczęście rzeczywiście okazał się pechowy. Już jak przyszłyśmy pod stadion zaczęło padać. Otwarcie opóźniło się o półtorej godziny z powodu spadnięcia ekranu na jedną ze scen i odwołanie 3 pierwszych koncertów (jak to mogło się w ogóle stać, haha?). No i tak stojąc w deszczu w szortach, z pewnością nie czułam się zbyt szczęśliwa. Ale gdy w końcu zaczęli wpuszczać, to wszystko minęło. Pojawiła się ta ekscytacja, typowa dla koncertów, którą uwielbiam. Od razu pobiegłyśmy pod scenę (tą, która się nie zawaliła :D). Trzy pierwsze koncerty były w porządku, ale nie znałam ani jednej piosenki, więc nie czułam jakoś tej atmosfery. Gdy wyszedł zespół Queen of The Stone Age wszyscy oszaleli, zaczęli się rzucać i pchać, przez co stwierdziłam że wystarczy tych barierek na dziś i resztę koncertów oglądałam z tyłu. Dopiero na Kings of Leon zaczęłam tak naprawdę się bawić. Było cudownie. Czytałam wiele opinii, że na żywo nie są zbyt dobrzy, a ich występ rok temu na openerze nie należał do najlepszych, ale na orange naprawdę się postarali i większość osób wyszła z ich koncertu usatysfakcjonowana. Było genialnie, no! Efekty wizualne stworzyły taką specyficzną atmosferę, głos wokalisty wprowadził w niesamowity klimat. Publiczność też wydawała się najlepiej bawić na tym koncercie. Przeniosłam się całkowicie gdzieś indziej, przestałam skupiać się na otoczeniu i po prostu wczułam się w muzykę. To był według mnie najlepszy koncert festiwalu.
Po Kings of Leon poszłyśmy na tą drugą, pechową scenę, gdzie zaczynał się koncert Martina Garrixa. Mogę powiedzieć jedno- gość naprawdę wymiata! Nigdy nie słuchałam tego typu muzyki, ale muszę powiedzieć, że na niej bawiłam się najlepiej! (Oczywiście zaraz po KOL). Podobało mi się bardziej niż na Davidzie Guettcie.
Zostawiam wam zdjęcia z pierwszego dnia, a jutro, albo może jeszcze dziś, coś o drugim dniu! A tymczasem idę się w końcu rozpakować i spróbować pozbyć się brokatu, które nadal pokrywają 3/4 moich rzeczy z wyjazdu (tak, koncert Florence and The Machine też zaliczony).

Kings of Leon

Martin Garrix

Kings of Leon- Pyro
Kings of Leon- Use Somebody

Martin Garrix- Animals

1 Comment

Add Yours

Leave a Reply